Śpiewam o tym, co mnie dotyka – z Mickiem Chwedziakiem rozmawia Sławek Orwat

Chwedziak title

18 czerwca w londyńskiej Jazz Cafe POSK u boku światowej klasy zespołu Mark Olbrich Blues Eternity z legendarnym Jimmy Thomasem – wieloletnim wokalistą zespołu Ike’a Turnera po raz pierwszy publicznie zaprezentuje się… Mick Chwedziak Band! Przybywajcie licznie na to historyczne wydarzenie i zapraszajcie swoje rodziny i znajomych.

– O ile dobrze pamiętam, twój radiowy debiut miał miejsce 13 października 2014, kiedy to przybyłeś do St. Albans, aby gościć w programie Polisz Czart?

– Tak, był to jak najbardziej mój debiut, za co ci bardzo dziękuję.

– „Sen” to nie tylko jak dotychczas jedyny polskojęzyczny kawałek w twoim repertuarze, ale i twój najbardziej doceniony radiowo utwór?

– To akurat jest zasługą twoich wspaniałych słuchaczy i ludzi wspierających moją twórczość. To wielka radość dla każdego artysty, jeśli są ludzie, którzy chcą go słuchać i doceniają to co robi. Ludzie raczej nie chcą wspierać rzeczy, z którymi się nie identyfikują lub które niespecjalnie przypadają im do gustu. Dlatego mam nadzieję, że moja muzyka podoba się i stąd to poparcie.

 
Moje pierwsze spotkanie z Mirkiem

– Miałeś podwójne szczęście już na starcie. Po pierwsze urodziłeś się we Wrocławiu – mieście niezwykle ważnym nie tylko dla polskiej kultury, a po drugie urodziłeś się w roku 1985 co oznacza tyle, że raczej nie pamiętasz za bardzo „uroków” PRL-u.

– Tak, pierwsze moje wspomnienia z dzieciństwa dotyczą już czasów Polski demokratycznej, a pierwszym ważnym wydarzeniem, jakie jako dziecko pamiętam, to wybory z roku 1989.

– Zostałeś szczęśliwie uchroniony przed widokiem szwadronów ZOMO, ale jednocześnie pomimo dzielących nas 20 lat życia, podobnie jak ja nasiąkałeś tą samą rockową muzyką Zachodu lat 70′ i 80′, która dla mojego pokolenia stanowiła niemal świętość i dzięki której bardzo szybko pojawili się w granicach Polski pierwsi muzycy, którzy postanowili grać podobnie. Na jakich wzorcach wychowywałeś się? 

 
Mick Chwedziak wraz z synem Kubą oraz autorami Listy Listy Polisz Czart

– Moje nasiąkanie muzyką odbywało się pod nadzorem mojego dobrego wujka Tadka, którego serdecznie z tego miejsca pozdrawiam. Była to muzyka typowo rockowa. Wujek Tadek należy do pokolenia, które tym wczesnym rockiem żyło i które karmiło się nim. Wychowując się w takim domu, trudno było więc tą muzyką nie przesiąknąć, albo jej nie słuchać i byłoby też dziwne, gdyby po latach ta muzyka nie była moją inspiracją. Słuchanie Deep Purple, Scorpionsów i innych tego typu kapel było wręcz nieodłącznym elementem mojego pierwszego etapu dorastania.

– Podobno twój wokal bardzo działa na kobiety. Wiedziałeś o tym?

– Tego nie wiem, natomiast wiem na pewno, że mój głos zawsze działał i wciąż działa na moją wspaniałą żonę Ulę i tutaj taka ciekawostka… otóż moje pierwsze zaloty do mojej przyszłej żony, odbywały się właśnie w sposób śpiewany, czyli za pomocą mojego głosu…

 
Koncert dla Nepalu zorganizowany przez Ptasiarnię

– Mick Chwedziak to jednak zdecydowanie wokal plus gitara. Ty i Gibson jesteście niemal jak małżeństwo…

– Moja przygoda z muzyką i moja pasja muzykowania, zaczęła się od gitary. Moją pierwszą gitarę dostałem od wspomnianego już wujka Tadka. Później gitara była już nieodłącznym elementem kultury, w której się wychowałem. Jak już wspomniałeś, urodziłem się i wychowałem we Wrocławiu – mieście, które zawsze było przesiąknięte rockiem i całą tą esencją wrocławskiego undergroundu. Gdziekolwiek bym nie poszedł i z kimkolwiek bym się nie zadał, zawsze był tam rock and roll, a gitara była jak relikt, jak artefakt. Od początku nie wyobrażałem sobie nie grać na gitarze, bo odkąd zacząłem uczyć się grać i interesować muzyką gitarową, instrument ten stał się nieodłącznym elementem mojego życia. Dopiero kilka lat później stwierdziłem, że z gitarą fajnie się też śpiewa i dobrze byłoby coś w tym kierunku zrobić, dzięki czemu od dziewięciu, dziesięciu lat wziąłem się za granie i pisanie własnych rzeczy.

 
Mick Chwedziak Band

– To wszystko, o czym opowiadasz, jest dla mnie bardzo osobiste. Spotkaliśmy się wprawdzie w Londynie, ale tak się składa, że obaj pochodzimy z tego samego miasta, rozmawiamy o tych samych czasach i mam świadomość, że kompletnie się nie znając, chodziliśmy zapewne w tym samym czasie tymi samymi ulicami. Sam przyznasz, że Wrocław jest miastem szczególnym, a wyróżniającą go cechą jest wyjątkowa otwartość jego mieszkańców. Wrocław był po wojnie miastem tworzonym ludnościowo praktycznie od podstaw, a dzięki temu, że nasi przodkowie byli tu pionierami, we Wrocławiu w odróżnieniu od innych polskich miast tej wielkości trudno jest mówić o podziale na tutejszych i obcych.

– Tak, zgadzam się. To jest bardzo dobra obserwacja i myślę, że jest to główny powód, dla którego widzimy we Wrocławiu taką otwartość i naturalną wolność, która jest pośród ludzi.

 
Z Ivarem – rockową ikoną Wrocławia

– Byłeś bardzo młodym człowiekiem, a właściwie byłeś małym dzieckiem, kiedy postanowiłeś, że ujarzmisz gitarę. Jesteś wprawdzie wyjątkowo wysoki, przez co być może miałeś większy rozstaw palców niż twoi rówieśnicy, ale chyba nie jest łatwo grać dziecku na zwykłej gitarze?

– Wiesz, ten element o którym wspomniałeś czyli to, że byłem duży i miałem większe ręce niż większość moich rówieśników, był bardzo pomocny, ale tak naprawdę przez to, że muzyka zawsze w moim życiu była naturalnie obecna, a gitara wpadła w moje ręce dość szybko, to pomimo, że na starcie nie odbywało się to na jakimś zaawansowanym poziomie, to jednak od samego początku zabrałem się za gitarę – że tak powiem – na poważnie…

– Od czego zaczynałeś?

– Od grania standardów.

 
Deep Purple w Royal Albert Hall. Rok 2014

– „Smoke On The Water”? 
– „Smoke On The Water” był oczywiście pierwszą melodią! Nie było innego wyjścia.

– Pewnie dlatego 15 września 2014 roku Purple nie zagrali tego kawałka w Royal Albert Hall, choć do samego końca liczyłem na to, że tak się stanie. Być może legenda jest już znudzona graniem najbardziej zarzynanego riffu na świecie (śmiech). Wróćmy jednak do twojej twórczości. Oprócz tego, że grasz, śpiewasz i komponujesz, piszesz także teksty. Od kiedy zacząłeś to robić i czy z początku twoje teksty były pisane tylko po polsku, czy też od razu pisałeś również teksty anglojęzyczne?

– Nigdy nie lubiłem brzmienia swojego głosu w języku polskim i to nie jest jakiś negatywizm, skierowany w język polski. Chodzi o to, że ja nie umiem śpiewać po polsku i zawsze sobie to wmawiałem, chociaż od czasu do czasu próbuje swoich sił w tym zakresie. Pasja władania językiem angielskim była w moim życiu zawsze. Jak już wspomniałeś, jestem z pokolenia nowej Polski, gdzie język angielski był bardziej obecny. Poza tym język ten jest generalnie bardziej muzykalny, a że zawsze go lubiłem i zawsze starałem się jak najlepiej uczyć, to naturalnym było, że chciałem też w tym języku pisać. Wszyscy mistrzowie pisali zresztą w języku angielskim, dzięki czemu najlepsze piosenki powstawały właśnie w tym języku.

 
Wywiad dla Programu III Polskiego Radia – redaktor Tomasz Żąda

– Twój angielski jest tak dobry, że kiedy prezentowałem twoje nagrania Anglikom, nie dawali wiary, że jesteś Polakiem, a przez twój wyraźnie słyszalny akcent amerykański, najczęściej wskazywali  na Stany, jako na miejsce twojego pochodzenia (śmiech).

– Wynika to pewnie z wpływów i inspiracji, które mają największy oddźwięk w mojej muzyce, bo kiedy słucha się amerykańskiej muzyki i amerykańskiego śpiewania, to ta melodyka językowa gdzieś zostaje.

– O czym traktują twoje teksty?

– Nie potrafię tego zaszufladkować. Mogę tylko powiedzieć, że zawsze piszę o tym, co mnie dotyka i  co przeżywam. Czy są to teksty dotyczące świata, który mnie otacza, czy też dotyczące tego, co aktualnie wokół mnie się dzieje lub czy są to rzeczy, które są gdzieś głęboko we mnie i dotyczą jakichś naturalnych uczuć, reakcji czy przeżywanych spraw, zawsze są to tematy, które silnie związane są ze mną i moim życiem.

– Tak jest chociażby ze „Sky”?

 
Z ukochaną żoną Ulą

– „Sky” jest piosenką, która przyszła do mnie dosyć niespodziewanie i jako cała koncepcja powstała w pięć minut. Stałem sobie w korku wracając z pracy, rozejrzałem się dookoła siebie i dotknęło mnie głęboko to, w jakim świecie żyjemy i jaki świat zostawimy naszym dzieciom. Spojrzałem w górę i nagle zobaczyłem, że właściwie jedynym, co jeszcze jest naturae i najlepsze w tym środowisku miejskiej dżungli jest tylko… niebo. Jest to taka swoista filozoficzna rozprawa na temat tego, czy jako ludzie w ogóle zastanawiamy się, dokąd zmierzamy.

– Gdyby chcieć twoją muzykę zaszufladkować gatunkowo, to w zasadzie jest to trudne. Są tacy, którzy „pchają” cię w stronę bluesa, podczas gdy ty sam bardzo przed tym się wzbraniasz…

– Myślę, że czystość gatunkową powinno się pozostawić wielkim mistrzom, bo za każdym razem, kiedy jakiś muzyk bierze się za gatunek klasyczny, niemal zaraz zostaje do nich porównany i czasami ciężko się to dla niego kończy. Ja umieszczam siebie gdzieś na pograniczu bluesa, gdzieś na pograniczu country, folku i gdzieś na pograniczu rocka, na którym się wychowałem. Myślę, że różnorodność kompozycji moich utworów może tylko pewne rzeczy sugerować i dlatego staram się nie szufladkować samego siebie. Uważam, że artysta powinien wyrażać się w taki sposób, w jakim najlepiej się czuje. Szczególnie jeśli utwory mówią o różnych rzeczach. Uważam też, że rozwój samego artysty jest ściśle związany z tym, czego słucha, jakich inspiracji szuka i co ma na niego największy wpływ. Zawsze cenię sobie ludzi, którzy słuchają szerokiej gamy muzyki, bo poszerza to ich muzyczny światopogląd, a także ich artystyczną wrażliwość.

– Oprócz tych gatunków, które wymieniłeś, jest jeszcze jeden, o którym nie wspomniałeś, a ukształtował on twoje pokolenie bezsprzecznie o wiele bardziej niż moje i obiecuję, że w dalszej części rozmowy odwołam się do jeszcze niego. Teraz natomiast chciałbym wydobyć z ciebie trochę zwierzeń osobistych, na tyle na ile mi na to pozwolisz. Twoje teksty – zgodzisz się – są pełne osobistych przeżyć. Tak jest choćby z pierwszym z twoich utworów, jaki pojawił się na antenie Polisz Czart, czyli Weathered Soul.

– Jest to bardzo osobisty kawałek, ale mam nadzieję, że jest on zarazem dość uniwersalny, bo wierzę że wszyscy przechodzimy podobne rzeczy. Każdy z nas, w którymś momencie życia czuje się zmęczony lub czuje się tak, jakby był po przejściach i bez względu na to, jakie przejścia, w jakim stopniu i w jakiej skali przechodzi, bardziej lub mniej, ale jednak zawsze osobiście go dotykają i doświadczają. Każdy z nas przechodzi taki etap, w którym to czuje i w którym jest tym dotknięty i myślę, że był to dla mnie właśnie taki moment, w którym tę piosenkę napisałem, był to taki czas w moim życiu, w którym wyrywałem się z czegoś, coś co mógłbym nazwać złym snem i wiedziałem, że gdzieś to we mnie z taką siłą gra, że muszę o tym koniecznie napisać.

– „Weathered Soul”…Wyblakła dusza? Zmęczona dusza? 
– Tak, myślę, że czułem się wtedy bardzo zmęczony i to nie zmęczony fizycznie, ale gdzieś tam w środku. Próbowałem stanąć wtedy na nogi fizycznie i mentalnie i  w tej piosence chciałem do tego się odnieść, bo wiedziałem, że wielu ludzi w którymś momencie swojego życia przechodzi dokładnie te same rzeczy, wiedziałem że mogę napisać coś, co może kiedyś być dla kogoś takim klepnięciem w ramię, aby pokazać – jesteśmy w tym razem, wielu z nas to przechodzi!

– Z jednej strony to, co teraz powiedziałeś, jest niezwykle osobiste, z drugiej strony tak naprawdę nie znam praktycznie żadnego otwartego na zwierzenia człowieka, który ukrywałby, że przechodził różnego rodzaju życiowe zakręty czy zagubienia. Jest to jak najbardziej ludzkie, a w przeszłości dotykające niejednokrotnie również i mnie samego. Najbardziej w tobie jako artyście cenię właśnie to, że w każdym z tych utworów zawierasz nie tylko swoje bóle, ale że jednocześnie słychać w nich wyraźną nutę nadziei, która informuje twojego słuchacza, że to wszystko, co z siebie wylewasz, jest jakimś katharsis, jakimś oczyszczeniem i że wylewając to z siebie oczyszczasz niejako swoją przeszłość.

 
Pierwsze spotkanie Mirka z Gabinetem Looster

– Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś. Jest to nieodłączny element mojej twórczości i cieszę się, że to zobaczyłeś, bo nawet najsmutniejsza piosenka, którą stworzyłem, zawsze zawiera w sobie iskrę nadziei. Ja sam jestem człowiekiem, który niebywale, silenie wierzy w trójcę podmiotów – w nadzieję, w wiarę i w miłość i w to, żeby zawsze trzymać się tych fundamentalnych wartości i z optymizmem patrzeć w przyszłość, by traktować każde przeżycie jako doświadczenie, a niekoniecznie tylko jako traumę.

– Istotnie, twoja muzyka jest głęboka, dotykająca najbardziej trudnych przeżyć, ale jednocześnie ona zdecydowanie nie jest nihilistyczna! W pewnym momencie twoja zmęczona trudami życia dusza potrzebowała odmiany i z pięknego, bogatego Wrocławia, jak postrzega to miasto bardzo wielu Polaków, postanowiłeś wyjechać do Londynu. Dlaczego wyjechałeś i jak szybko się tutaj odnalazłeś?

– Odpowiedź jest prosta. Trudy życia. Sytuacja ekonomiczna. Podobnie, jak wielu innych Polaków wyjechałem w poszukiwaniu lepszego standardu życia. W Polsce było trudno, w Anglii miało być lepiej. Nie było jednak tak kolorowo, jak można by było tego oczekiwać szczególnie w tamtych czasach. Z czasem wszystko jednak jakoś się poukładało. Już po pierwszych dwudziestu czterech godzinach pobytu w Londynie, najważniejsze było dla mnie to, żebym był tutaj z moją wspaniałą rodziną, z moją cudowną żoną i z moim drogim synem Kubą. Kiedy miałem już ich tutaj ze sobą po paru miesiącach, to wiesz… od razu wiedziałem, że razem będzie można przejść więcej.

– Rozumiem to dokładnie, bo sam przeżyłem, dramatyczne chwile na samym początku mojego pobytu w Londynie z kilkutygodniową bezdomnością włącznie. Czy piosenka „Running Away” jest o tym, że nie było łatwo?

 
Marek Funkas – znakomity basista Mick Chwedziak Band

– „Runing Away” jest piosenką dotyczącą zmagania się każdego z nas z trudnymi sytuacjami. Kiedy przychodzi moment próby czy moment jakiegoś kryzysu, najczęściej pierwszą reakcją w takim doświadczeniu jest to, żeby od tej sytuacji uciec. Czasami są to sytuacje, z których uciekamy fizycznie, a czasami uciekamy gdzieś tam w naszym umyśle i właśnie o tym jest ta piosenka.
– Masz też w swoim repertuarze piosenkę szczególnie wyjątkową…

– Nosi tytuł „Porcelain” i dlatego jest wyjątkowa, bo napisałem ją z myślą o mojej Uli. Po tym czasie, który opisywałem w moich wcześniejszych piosenkach i po dosyć trudnym czasie walki wewnętrznej, kiedy to musiałem od nowa stawać na nogi, przyszedł i taki moment, kiedy to swój trudny czas i podobną walkę miała właśnie moja Ula i wiedziałem, że to co musiałem przede wszystkim zrobić w tym momencie, to stanąć w miejscu, które jest przy niej, miejscu, które jest miejscem ochrony dla takiej delikatnej osoby jaką ona jest i  o tym jest ta piosenka i myślę, że jest ona bardzo ważna dla nas obojga, jest elementem, częścią naszej historii i tego, jak przechodziliśmy pewne rzeczy razem, bo właśnie to było zawsze dla nas najważniejsze.

– Obiecałem ci na początku tej rozmowy, że wrócę do muzyki, na której wyrosło twoje pokolenie, a której mówiąc o swoich inspiracjach, nie wymieniłeś. Oprócz bluesa, rocka i country, w twojej muzyce, słychać moim zdaniem także echa grunge’u. Co takiego jest w tym gatunku, że tak mocno ukształtował on twoje pokolenie?

 
Kuba Łobanowski – wirtuoz gitary Mick Chwedziak Band
 
Andrzej Miechowski – najlepszy polski perkusista w UK
Obecnie filar Mick Chwedziak Band

– Grunge był dla nas przede wszystkim muzyką niosącą emocje, był przede wszystkim przekazem tego pierwotnego, emocjonalnego ładunku rockowego, ale także i pewnych wartości, które były nieodłącznym elementem pisanych wtedy tekstów. Rzeczywiście jest tak, jak wspomniałeś – wychowałem się na grunge’u i dla mnie rockiem moich czasów był rock Nirvany, Pearl Jam, Alice In Chains i to właśnie te brzmienia były dla nas bardzo istotne i te brzmienia nas kształtowały.

– Jednocześnie, mimo tej fascynacji grunge’m jako bardzo młody chłopak grałeś punk rocka…

– Tak… bo z jednej strony punk rock był bratnią muzyką grunge’u i zawsze był dla nas bratnią muzyką w tym naszym post punkowym świecie, a z drugiej strony dużym czynnikiem była niesamowita energia, jaką punk rock ze sobą niósł, przez co był możliwością wyładowania się, był możliwością pokazania ekspresji i młodzieńczej energii.

 
Mick Chwedziak Band podczas próby

– Na koniec spytam cię o coś, co dotyka chyba nasz wszystkich… nas imigrantów. Trudno jest chyba w pełni wyrazić w piosence, czym jest tęsknota?

– Utwór „Home” opowiada o tęsknocie za czymś, co – myślę –  każdy z nas doświadcza, ale nie każdy z nas potrafi to nazwać. Myślę teraz o tych głębszych wartościach, o tym co jest ponadczasowe i ponad cielesne. Jestem człowiekiem głębokiej wiary w rzeczy ponad cielesne i w przeżycia duchowe. To też jest element naszego człowieczeństwa i wydaje mi się, że myślą przewodnią „Home” jest tęsknota za tym, by odkryć to, co nieznane.

 

Rozmawiał: Sławek Orwat

TwitterFacebookUdostępnij

Zostaw Komentarz

Bądź pierwszym komentującym!

Powiadom o

wpDiscuz