Już prawie 30 lat realizuję swoje chłopięce marzenia – z Tomkiem “Skayą” Skuzą – basistą i wokalistą grupy Quo Vadis rozmawia Sławek Orwat

quovadis-front
Hrabstwo Hertfordshire ma niezwykle ciekawą historię muzyczną. To tutaj narodził się zespół Deep Purple i to właśnie tu grupa Queen wystąpiła po raz ostatni wraz z Freddie Mercurym. W St. Albans powstał istniejący po dziś dzień ważny dla brytyjskiego rocka zespół The Zombies. W niedalekim Welwyn Garden City urodził się Mick Taylor z The Rolling Stones, a w studencko-robotniczym Hatfield przyszedł na świat Christopher Scott Stevens znany bardziej jako Sal Solo – lider i wokalista popularnej w latach 80′ grupy Classix Nouveaux. 19 marca w St. Albans – mieście, w którym ponad cztery lata temu powołałem do życia popularną w kilkudziesięciu miejscowościach półkuli północnej audycję i zarazem Listę Przebojów Polisz Czart wystąpiła legenda polskiego metalu lat 90′ – zespół Quo Vadis. Koncert ten miał dla mnie znaczenie potrójnie ważne. Po pierwsze miałem zobaczyć muzyków ze Szczecina na żywo po raz pierwszy, po drugie miał to być pierwszy oficjalny polski koncert rockowy w tym mieście i wreszcie po trzecie – gig ten współorganizował mój wieloletni dobry kumpel Piotrek Szeremietjew, któremu niniejszym dziękuję za zaproszenie i jednocześnie gratuluję owocnego podjęcia wysiłku. W St. Albans bowiem z uwagi na szczególną politykę pubów i klubów niezwykle trudno jest „wbić się” z jednorazowym koncertem. Problem zorganizowania tu polskiego koncertu nie leży jednak wyłącznie w tym, że lokale są tu od lat obsadzone regularnie grającymi w nich brytyjskimi bandami.
Kolejna trudność to żywnościowy profil większości z nich skierowany do zamożnych mieszkańców miasteczka, przez co właścicielom tutejszych lokali trudno jest zrezygnować choćby z jednego wieczoru, aby nie stracić stałej od lat posh klienteli. St. Albans zamieszkane jest w ogromnej większości przez bardzo zamożnych Brytyjczyków, których lwia część pracuje w najbardziej prestiżowej dzielnicy Londynu zwanej City. Tuż po zakończonym znakomicie odebranym przez publikę koncercie poprosiłem o krótką rozmowę Tomka „Skayę” Skuzę – lidera, basistę i wokalistę oraz jedynego z czwórki muzyków, który pamięta z autopsji całą historię zespołu.
***


– Nie będę ukrywał, że widziałem was dziś po raz pierwszy. Wszystko rozpoczęło się dla Quo Vadis pod koniec lat 80′. Jako jedyny człowiek z tamtego składu, jak dziś postrzegasz swój obecny zespół w odniesieniu do tej ekipy, z którą zaczynałeś?

– Widzę to w ten sposób, że zdecydowanie zyskaliśmy. Przemawia za tym i doświadczenie i to, że nie na jednej scenie już graliśmy. Nagraliśmy kilka płyt, byliśmy w różnych studiach i spotkaliśmy na przestrzeni tych lat wielu wspaniałych ludzi. Wszystko to daje mi pewne poczucie ciaglego poznawania, a każda płyta jest zamknięciem pewnego etapu i stąd też ciężko jest mi porównywać, która z nich jest lepsza… czwórka, czy np. piątka? Nie ma takiej opcji. Po prostu jesteśmy tu i teraz, a w chwili obecnej ten skład, który dziś mamy, jest dość mocno odmłodzony. Mamy dwóch muzyków, którzy grają z nami stosunkowo od niedawna. „Sajmon” na perkusji gra od dwóch lat, a od kilku miesięcy mamy brazylijskiego gitarzystę Iana Bemolatora. Jest to skład, który ma powera i potężną energię i jest to taki zastrzyk świeżej energii i świeżej krwi, że znowu mocno chce nam się chcieć, co doskonale widać na naszych koncertach.

– Powstaliście w roku 1988. Rok później zagraliście na festiwalu w Jarocinie, który w waszej karierze zdarzył się potem jeszcze jeden raz. W pierwszej połowie lat 90′ występowaliście dwukrotnie na Metalmanii, potem były 4 Przystanki Woodstock, ale po roku 2000 wasza pozycja na metalowym rynku niestety zachwiała się. Ciekawi mnie dlaczego tak się stało w obliczu tego, że wciąż jesteście świetnie brzmiącym i technicznie doskonałym zespołem, co było zdecydowanie dziś słychać. Jak wytłumaczysz fakt, że tak nagle zniknęliście z metalowego topu?

– Na to pytanie nie ma chyba dobrej odpowiedzi. Złożyły się na to być może pewne nasze decyzje sprzed 20 lat, co do chociażby wyboru wydawcy i tym samym co do wyboru naszej drogi muzycznej, które spowodowały, że stało się tak, jak się stało i oczywiście absolutnie nie ubolewamy nad tym, bo to nie jest tak, że trzeba otwierać sobie teraz żyły i biadolić, że… ech bo gdybym kiedyś zrobił coś tam inaczej, to wszystko mogłoby się też inaczej potoczyć. Pewnie tak by było, natomiast my cieszymy się tym, co jest teraz. Odpowiadając jednak na twoje pytanie, to powinniśmy wtedy zacząć śpiewać po angielsku i otworzyć się w ogóle w stronę zachodnią. To jest cały klucz do tego…

Osobista dedykacja… dzięki wielkie za Infernal Chaos (fot. Sławek Orwat)

– … gdzie jest dziś Behemoth czy Vader?

– Dokładnie i do tego gdzie jest dziś Decapitated i wszystkie te zespoły z dużo wyższej półki. Nasza pozycja z tamtego okresu wydawała się wówczas jakby niezmienna. Byliśmy wtedy na tyle młodzi, że wprawdzie o zachłyśnięciu się jakąś tam popularnością mówić raczej dziś nie można, ale my wtedy jednak sprzedawaliśmy po kilkadziesiąt tysięcy płyt, dzięki czemu wydawało nam się, że jest to stan niezmienny. Niestety, okazało się, że jest on bardzo zmienny i  kiedy później weszło to MTV, które w ogóle inaczej zaczęło ustawiać popularność zespołów i w taki sposób zaczęło ingerować, że może jeszcze przez moment metal i cała ostra muzyka była jeszcze popularna, ale potem – jak wiemy – zaczęto od tego odchodzić w stronę bardziej popowych rzeczy.

– Fajnie mi się na was patrzy, bo swoim image oraz zachowaniem na scenie przypominacie mi  wszystkie te fantastyczne kapele z przełomu lat 70′ i 80′. Po bumie nu-metalowym image ostro brzmiących kapel uległ dość znaczącej zmianie. Ja mam wciąż jednak nieukrywany sentyment do tego modelu, który wy preferujecie. Od początku trzymasz się twardo swojego scenicznego image, czy też coś po drodze ulegało zmianie?


– Pewnie coś tam się zmieniało. Kiedyś miałem długie włosy, a od blisko 15 lat gram w soczewkach, Na pewno jednak tego nie reżyseruję. Jest to pełen spontan i tacy po prostu jesteśmy, a tych wszystkich elementów, jak np. to moje podnoszenie gitary, nie ćwiczę przed lustrem, tylko to jest tak, że podczas koncertu bawimy się tym autentycznie. Przede wszystkim to, co podoba mi się w zespole Quo Vadis, to fakt,  że jesteśmy grupą przyjaciół i że w ogóle lubimy być ze sobą. Każdy wyjazd jest dla nas przygodą a to, że wspólnie jesteśmy, bawimy się razem i występujemy, jest tylko jeszcze jednym fajnym dodatkiem do tego, że zwyczajnie lubimy ze sobą przebywać i to autentycznie nas trzyma. Za chwilę będzie już 30 lat!

  – Mimo, że nie jestem ortodoksyjnym heavy metalowcem, tutejszy światek ostrego łojenia nie jest mi obcy. Trzykrotnie robiłem WOŚP, uczestniczyłem też w dużej ilości koncertów sceny metalowej Luton z kultowym CerberFest na czele. Znam też nie do końca jeszcze odkrytą polską scenę undergroundu londyńskiego i okołolondyńskiego, gdzie brylują takie kapele jak Metasoma, Avenford, Megatona z Jarkiem Kopałą – gitarzystą popularnego w latach 90′ Hammera, Transparent Human Creatures, Beauty For Ashes, Bright Color Vision czy nieistniejący już LynchPyn. 

Z tej obserwacji wypływa też mój subiektyny pogląd. Demony metalowej sceny prywatnie są najczęściej bardzo ciepłymi i ogromnie wrażliwymi ludźmi, przykładnymi ojcami, mężami itd. Ja w ogóle znakomicie się czuję w towarzystwie metalowców, którzy przez wielu nie pojawiających się na koncertach tego gatunku ludzi, jakże często poprzez sceniczny image bezpodstawnie uznawani są za ludzi agresywnych czy wręcz niebezpiecznych (śmiech). Jak w tej podwójnej rzeczywistości ty się odnajdujesz? Doświadczasz tego, o czym mówię także na swoim przykładzie?

Na koncercie pojawiła się także Gwiazda Polisz Czart – Jarek „Jaruś” Gorewicz, który najlepsze ma dopiero przed sobą

– Tak i mam nawet taką własną obserwację, że jest to w ogóle dla mnie jakiś sposób na życie i na złapanie równowagi. Nie ukrywajmy… mamy przecież rodziny i pracujemy zawodowo, więc musi gdzieś być to miejsce, gdzie stajesz się kimś innym. I teraz jest tak: jeśli będziesz tylko demonem, to za chwile może przyjść problem z alkoholem, z jakimiś używkami, bądź też niehigienicznym trybem życia, co przecież nie jest dobre. Jeśli znów tylko pracujesz i gonisz w tym zwariowanym świecie, to w pewnym momencie będziesz siedział przed telewizorem, zmieniał kanały i zapuszczał brzuch. Ja osobiście tego problemu nie odczuwam, bo to, że na scenie staję się kimś innym, to ja tego nie gram. To też jestem ja, tylko robię wtedy takie rzeczy, jak np. to, że noszę specjalne soczewki itd., których pracującemu Tomaszowi nie wypada robić (śmiech).

– Czy te soczewki, jakich używasz podczas występu to jakieś szczególnie drogie i trudne do zdobycia gadżety?

 

Wojtek „Zombie” Dunaj ex perkusista brytyjskiej Arniki, która zagrała na WOŚP 2011 w Luton (fot. Piotr Szeremietjew)

– Nie.

– Widzisz w nich prawidłowo?

– Owszem, widzę w nich normalnie. Jest jednak takie minimalne wrażenie spoglądania przez dziurkę od klucza, ale przyzwyczaiłem się już do tego. Nie jest to jakieś super drastyczne, ale jednak minimalny dyskomfort jest. I tak zresztą noszę okulary, więc optycznie są to normalne soczewki korekcyjne, dzięki którym wszystko świetnie widzę. Często nawet zapominam o tym, że mam je założone i kiedy z kimś rozmawiam jak choćby teraz z tobą, to domyślam się, że dla tej osoby może to być też pewien dyskomfort. Na scenie na szczęście wszystko jest OK.

Wojtek „Zombie” Dunaj (ex Arnika), ja, Robert Jaracz – wielki fan metalu i Marcin Kielar (Thetragon)

– Jak postrzegasz obecną scenę metalową w Polsce? Nie będę chyba odkrywczy, jeśli powiem, że na przestrzeni ostatnich lat stała się ona dość hermetyczna i mniej znacząca w stosunku do tej, jaka istniała w latach 80′ i na początku 90′ kiedy to muzyka heavy metalowa odgrywała bardzo konkretną rolę w szeroko pojętej polskiej muzyce rockowej.

– To spostrzeżenia wynika z tego, że kiedyś najbardziej popularne zespoły wywodziły się właśnie z ostrej muzyki. Dawne plebiscyty i rankingi wygrywały choćby takie kapele jak któregoś tam roku Armia, czyli zespół punkowy i to wygrywała oficjalny plebiscyt TVP! Kultura masowa, mainstreamowa na tyle się po prostu w ostatnich latach zmieniła, że teraz z wszystkich niemal głośników tłoczona  jest popowa papka…– … z tekstami o niczym…

Muzycy zespołu Soulride przybyli na koncert aż z Coventry

– … że siłą rzeczy każda inna muzyka jest po prostu wyparta. Kiedyś w MTV był np. program Headbangers Ball, a dziś nie ma już tego typu stricte heavy metalowych programów. Gdzieś tam są wprawdzie jakieś bloki, ale znaczących programów raczej nie uświadczysz. Teraz jest wprawdzie to podziemie youtubowe, bo w Internecie można znaleźć wszystko, ale w medialnych nośnikach opiniotwórczych już tego nie uświadczysz, a jeśli już uświadczysz, to w takich porach, że prawie nikt tego nie ogląda.

– Czym będzie się różniła kolejna płyta Quo Vadis od poprzednich? W jaką stronę idziecie?

Koncertowa set lista (fot. Sławek Orwat)

– Przede wszystkim my absolutnie żadnej płyty – poza może jedną sprzed iluś tam lat, która była płytą kalkulowaną – nie kalkulujemy. Robimy takie utwory, które nam się podobają

– „Wielki Ogień” to jednak było wydarzenie.

 – „Wielki ogień” z Mirą Kubasińską to akurat  jedyny fajny element tej płyty, o której powiedziałem, że była kalkulowana, a co do nowej płyty Born To Die, to będzie ona utrzymana trochę w stylu naszej poprzedniej płyty Infernal Chaos. Będzie na niej dużo melodii, będzie ostra i będzie – czego brakowało mi właśnie na Infernal Chaos – bogatsza aranżacyjnie, więcej gości na niej wystąpi i będzie na niej też troszkę bogatsze instrumentarium. Cała reszta natomiast powinna być taka, jaką w Quo Vadis znamy od zawsze.

Muzycy Soulride podarowali mi krążek Lost opatrzony autografami

quo-vadis

– Wróćmy na moment do lat 80′. Byłem niedawno w Londynie na koncercie grupy TSA, istnieje Turbo, Kat rozbił się podobnie jak kiedyś TSA na dwa różne bandy, a popularna wtedy grupa Korpus szczęśliwie jakiś czas temu reaktywowała się, w czym miałem nawet swój niewielki udział. Wiele kapel z tamtego okresu jednak przepadło. Quo Vadis mimo mniejszej popularności od tej z lat 90′ ciągle jednak szczęśliwie trwa. To niewątpliwie twoja zasługa. Masz w sobie dużą wolę przetrwania?

– Myślę, że tak. Mam przede wszystkim wole robienia tego, co lubię, ciągle mnie to bawi, ciągle mnie to cieszy, ciągle czerpię z tego energię i mogę powiedzieć, że już prawie 30 lat realizuję swoje chłopięce marzenia. Zawsze chciałem grać w zespole, grać koncerty, wydawać płyty i robię to, dzięki czemu jestem szczęśliwy pod tym względem. A odpowiedź na to pytanie jest taka, że ludzie, z którymi od lat mam przyjemność grać, pomimo że się zmieniają, to zawsze jednak jako zespół tworzą grupę prawdziwych przyjaciół, którzy lubią to razem robić. Ja nie czuję, że jadąc na koncert czy idąc na próbę, męczę się, albo że tego czy tamtego nie lubię i w ogóle nie mogę już na niego patrzeć. My naprawdę jesteśmy przyjaciółmi i lubimy ze sobą przebywać.

Gościnny występ Piotrka Szeremietjewa (fot. Sławek Orwat)

– Tak się składa, że Piotrek Szeremietjew, który jest współorganizatorem tego koncertu, jest od wielu lat moim dobrym kumplem. Kiedyś nawet zdarzyło nam się wspólnie pracować w jednym zakładzie. Jak trafiliście na siebie i jak doszło do tego, że to właśnie Piotrek ściągnął was do St. Albans?

 – Spotkaliśmy się na naszych dwóch wcześniejszych koncertach w Milton Keys. „Szerem” był tam jednego roku, przyjechał drugiego roku i tak wiesz… od słowa do słowa. Wiesz… poznajemy dzięki koncertom wielu nowych ludzi i to też jest wspaniałe w tym naszym graniu. Z początku trochę nieufnie podchodziliśmy do tego pomysłu. Powiedzieliśmy – no dobra, chętnie przyjedziemy, ale wiedzieliśmy też, że takie wyprawy w razie jakiegoś niedogadania, mogą spowodować to, że nagle można znaleźć się w tak zwanej czarnej d… (śmiech). Zaczęliśmy rozmawiać i dopiero jak skojarzyliśmy, że… to jest TEN!, to stwierdziliśmy, że na pewno wszystko będzie OK i oczywiście, że przyjedziemy.

Jeden z organizatorów koncertu Piotrek Szeremietjew wraz z żoną Martą (fot. Sławek Orwat)

– Mieszkam w St. Albans od blisko pięciu lat i powiem ci, że Quo Vadis przeszedł dziś do historii tego miasteczka, którego historia sięga jeszcze czasów Cesarstwa Rzymskiego, kiedy to nosiło ono nazwę Verulamium. Myślę, że ucieszysz się, jak ci teraz powiem, że zagraliście dziś w St. Albans jako pierwszy w historii tego miasta zespół z Polski! Jest to dodatkowo tym bardziej znaczące, że St. Albans to jedno z najwyżej notowanych miast Wielkiej Brytanii, jeśli chodzi o poziom życia, a także jest to miasto wielu historycznych zabytków, w tym najstarszego pubu w  całym Zjednoczonym Królestwie. Sam kiedyś próbowałem zrobić tu polski koncert, ale niestety żaden klub nie był wtedy na moją propozycję otwarty. Mariuszowi i Piotrowi udało się to zrobić. Wielki ukłon w ich stronę i chwała im za to. 

– Słuchaj, nie wiedziałem o tym. Cieszę się, że mi to mówisz. Tym bardziej jeszcze mi się to podoba, że przed chwilą usłyszeliśmy na back stage’u od właścicieli tego klubu, że przed laty grał tu też Motörhead i jest to dla nas w takim układzie podwójnie nobilitujące. Przyznam szczerze, że byliśmy dziś też na wycieczce. Chcieliśmy zobaczyć tutejszą katedrę, bo słyszeliśmy, że była ona budowana przez 700 czy 800 lat, co robi wrażenie.

– Tuż obok tej katedry znajduje się też najstarszy pub w Anglii, w którym pewnie byliście podczas tej wycieczki?

– Niestety nie.

– Kiedy wyjeżdżacie?

– Jutro

– O której?

– O 13:00 mamy samolot, a o 12:00 musimy być na lotnisku.

– Szkoda. Zapraszam was wobec tego do tego kultowego pubu następnym razem. Na koniec powiedz jeszcze tylko jak postrzegasz waszą dzisiejszą publiczność?

– Bawiliśmy się wspaniale i  z tego, co widziałem, to myślę, że i ci, którzy przybyli, żeby nas zobaczyć też się dobrze bawili i to jest dla nas najwspanialsza nagroda.

– Dziękuję ci za rozmowę. Czekam na nową płytę. Wielkie dzięki za Infernal Chaos, którą dziś od Was dostałem wraz z autografami.

Rozmawiał: Sławek Orwat
TwitterFacebookUdostępnij

Zostaw Komentarz

Bądź pierwszym komentującym!

Powiadom o

wpDiscuz